Przykładowo wulgarne, obraźliwe oceny nie podlegają w zasadzie ochronie prawnej. Należy też tutaj badać, czy ujemne
oceny – z uwagi na obraźliwą treść nie mają na celu wyłącznie poniżenia innej osoby, czy złośliwego dokuczenia
jej. Warto tutaj przytoczyć wciąż aktualny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 8 lipca 1986 r.
w sprawie Lingens v. Austria, sygn. 9815/82, stwierdzający, że wolność wyrażania opinii, zagwarantowana w ust.
1 art. 10 Konwencji, stanowi jedną z podstaw społeczeństwa demokratycznego i jeden z podstawowych warunków
postępu takiego społeczeństwa i samorealizacji każdej jednostki w tym społeczeństwie. Na podstawie ust. 2 art. 10 ma
to zastosowanie nie tylko do informacji lub idei, które są dobrze przyjmowane bądź postrzegane jako nieszkodliwe
lub obojętne, ale również tych, które obrażają, szokują bądź przeszkadzają. Takie są wymogi pluralizmu, tolerancji i
otwartości, bez których nie istnieje społeczeństwo demokratyczne.
Przechodząc do analizy stanu faktycznego rozpoznanej sprawy trzeba zauważyć, że niemal wszystkie wymienione
w żądaniu pozwu wypowiedzi, zamieszczone na platformach internetowych mają charakter ocen, choć po części
mających zakotwiczenie w pewnych obiektywnie sprawdzalnych faktach. Istota tych wypowiedzi jednak sprowadza
się do opinii na temat działalności publicystycznej i naukowej oraz poglądów wyrażanych przez powódkę w debacie
publicznej. Opinie te mogą podlegać wartościowaniu w kategoriach zasadności, słuszności, siły przekonywania, ale
wartościowanie takie – ze swej istoty - nie może prowadzić do obiektywnych rezultatów. Jest oczywiste, że to co
dla jednego jest w publicznej debacie w pełni przekonujące i zasługujące na poparcie, dla innego będzie zupełnie
nie do przyjęcia. Sąd nie jest uprawniony do rozstrzygania, czy poglądy powódki, czy pozwanej są bardziej zasadne,
czy słuszne. Nie do sądu należy więc rozstrzygnięcie, który z nurtów radykalnej lewicy wyraża poglądy bardziej
przekonujące. Rozstrzygnięciu takiemu może służyć udział w debacie publicznej na łamach periodyków, czy też - jak to
się ostatnio coraz częściej odbywa na platformach internetowych. Sąd nie może być arbitrem rozsądzającym, czy jedna
ze stron sporu głosi poglądy „wykluczające” – cokolwiek by to słowo miało znaczyć. Wyrok sądu w takim wypadku
musiałby bowiem zależeć od osobistych opinii sędziego i wyrażanego przezeń światopoglądu, co zawsze byłoby
dyskusyjne. Z tego też punktu widzenia nie podlega kognicji sądu ustalenie, czy powódka słusznie została określona
jako „TERF”. Niewątpliwie akronim ten, pochodzący z języka angielskiego, ma charakter ocenny, nie da się ustalić
za pomocą dowodów, według kryterium prawdy i fałszu, czy dana osoba spełnia warunki do zaliczenia jej do grupy
„TERF-ów”, czy też nie. A z pewnością słowo to nie ma charakteru wulgarnego, czy znieważającego. Dla przeciętnego
odbiorcy – spoza kręgu środowisk lewicowych – ów skrótowiec nie posiada żadnego desygnatu. Jest to słowo
popularne w zasadzie jedynie w kręgach lewicowych, ewentualnie ich polemistów. Jak wynika z relacji przesłuchanych
osób, jest to akronim, którego osoby reprezentujące jeden z nurtów radykalnej lewicy używają wobec osób zaliczanych
do innego (feministycznego) nurtu lewicy, głoszącego – zdaniem tych pierwszych – poglądy „wykluczające osoby
transseksualne”. Jak już wspomniano, skrótowiec ten nie ma charakteru znieważającego, czy wulgarnego i jako
ocenny nie podlega kontroli sądowej w ramach badania, czy doszło do naruszenia dóbr osobistych powódki.
Podobny charakter mają pozostałe wypowiedzi pozwanej wskazane w żądaniu pozwu, w tym słowa „transfob”, czy
„transfobiczny”, którymi w lewicowej publicystyce określa się osoby niechętne osobom transseksualnym. Z kolei
zarzut złożenia „donosu dyscyplinarnego” wobec studenta ma osadzenie w faktach, przy czym owym „donosem”
pozwana nazwała zawiadomienie skierowane do rzecznika dyscyplinarnego o popełnieniu deliktu dyscyplinarnego
przez studenta. Zarzut, czy amerykańska publicystka, cytowana przez powódkę, prezentuje teorie spiskowe i jest
„antysemitką” również nie poddaje się weryfikacji w kategoriach prawdy/fałszu i nie narusza dóbr osobistych powódki.
Analogicznie należy ocenić zarzut „grożenia pozwami”, czy wywoływania efektu mrożącego. Naturalnie sąd dostrzega,
że wiele z tych wypowiedzi można uznać za niegrzeczne, niekulturalne, nieporadne językowo, ale nie możemy tutaj
abstrahować od miejsca, w którym zostały one wyartykułowane. Portale internetowe stanowią współcześnie platformę
nieskrępowanej wymiany poglądów, której uczestnicy nader często w polemicznym ferworze nie zachowują form
grzecznych i kulturalnych, ale nie oznacza to, że wypowiedzi takie nie korzystają z ochrony w ramach wolności słowa,
pod warunkiem jednak – jak już wspomniano – że nie mają charakteru nieprawdziwych twierdzeń o faktach lub
ocen znieważających, wyraźnie obraźliwych. Ową specyfikę platform internetowych, służących publicznej wymianie
poglądów należy uszanować . Ingerowanie sądu w swobodę wyrażania poglądów na tej płaszczyźnie powinno
być ostatecznością. To uczestnicy debaty publicznej, biorąc udział w polemice powinni bronić swoich poglądów,
obalając argumenty przeciwnika. Powódka, jako osoba biorąca aktywny udział w publicznej debacie na tematy żywo
interesujące środowiska lewicowe na łamach periodyków naukowych, czy też innych czasopism musi pogodzić się z